Szczecineckie "Płyty" u zarania. Minęło już niemal 70 lat...
Dziś w Historycznym Czwartku wracamy do początków Zakładu Płyt Wiórowych. Inwestycja, która zmieniła Szczecinek, rozpoczęła się 65 lat temu.
Unikatowe zdjęcia z początków budowy szczecineckich ZPW pokazał Władysław Król, fotograf i kolejarz. To początki lat 60. XX wieku, gdy na obrzeżach miasta w rejonie dzisiejszej ulicy Waryńskiego rozpoczęła się gigantyczna budowa. Widać, że były to tereny właściwie wiejskie – pola, zabudowania gospodarcze.
Jakie były początki szczecineckich Zakładów Płyt Wiórowych? Za powstaniem fabryki, która w zagłębiu drzewnym Polski, przerabiałaby drewno lobbował Józef Macichowski, wieloletni dyrektor Lasów Państwowych w Szczecinku i poseł na Sejm PRL. Budowę rozpoczęto na początku lat 60. Był to pierwszy zakład przemysłowy powstający w Szczecinku od podstaw w okresie powojennym. Projekt budowy w 1958 roku zatwierdził minister leśnictwa i przemysłu drzewnego.
Pod budowę wybrano południowo-wschodnie peryferie ówczesnego Szczecinka, za dworcem kolejowym. Miejsce nie było przyjazne budowlańcom. Teren był grząski, trzeba było zasypywać jakieś stawy i oczka wodne. Wiosną 1961 roku maszyny wjechały na plac budowy. Wykorzystywano także darmową siłę roboczą, czyli więźniów.
Roboty nadzorowali jednak fachowcy z Niemiec, bo cała technologia i maszyny były na licencji firmy Siempelkamp. Docelowo zdolności produkcyjne miały osiągnąć ponad 38 tysięcy metrów sześciennych płyt wiórowych. W czasem sięgnęły prawie 100 tysięcy metrów, ale gdzie im tam do współczesnych mocy firmy, która wytwarza kilka razy więcej równego rodzaju płyt.
Tak rodziły się „Płyty”, jak z czasem mieszkańcy zaczęli nazywać zakład w mieście. Dodajmy, że wcale nie największy w Szczecinku – ZPW zatrudniały w szczytowym okresie 700-800 osób, Polam zaś grubo ponad tysiąc.
Co nie znaczy, że firma się nie rozwijała i w PRL. Trzonem produkcji były płyty wiórowe produkowane ze zrębków drewnianych dostarczane przez okoliczne tartaki. Pod koniec lat 60. ruszyła produkcja płyt laminowanych, oklein krawędzi meblowych i folii wykończeniowych. Kilkadziesiąt procent tego, co zjechał z taśm produkcyjnych, trafiało na eksport (Skandynawia, Grecja) zasilając polską gospodarkę w dewizy, których tak bardzo w PRL brakowało. „Płyty” dawały walutę, ale państwo nie łożyło na modernizację firmy. W latach 80. fabryka była już de facto technicznym skansenem. Pojawienie się inwestora – międzynarodowego koncernu Kronospan - uratowało zakład przed upadkiem. Ale to już historia na inną opowieść.

